Było już ciemno kiedy weszłam do domu. Ciocia siedziała w kuchni. Nie miałam zamiaru z nią siedzieć. Poszłam do siebie. Opadłam na wygodne łóżko. Powoli oddychałam. Ktoś cicho zapukał. Rodzice zrobili mi awanturę. Sprawdzę czego ona oczekiwała.
- Proszę. - powiedziałam cicho i usiadłam po turecku.
Brunetka powoli weszła do pokoju. W ciszy podsunęła sobie krzesło do łóżka i usiadła. Patrzyła na mnie chwilę.
- Nie jestem twoim wrogiem. - zaczęła powoli - Czemu uciekłaś?
- Nie przyjechałam tu szukać przyjaciółeczek. - odparłam na razie jeszcze spokojnie.
Wiedziałam, że ta rozmowa nie skończy się happy end'em.
- Chociaż spróbuj. Nie znasz tu nikogo. Może jednak warto... - przerwałam jej.
- Nie mam zamiaru z nikim się zapoznawać. Nie chcę nikogo poznawać. Na pewno nie tego kogoś kogo ty mi przedstawiasz.
- Dobrze. Pomyśl nad swoim zachowaniem, a ja przejmuję na tydzień twój motor.
- Ucieknę.
- Nie uciekniesz.
Zamknęła drzwi na klucz. Byłam zrozpaczona. Rodzice zostawili mnie u niej samą. To nie była moja ciocia. Moja Basia nie zrobiłaby mi czegoś takiego. Nie będę płakać. Mimo, że było mi przykro, byłam również wściekła. Tak? Więc rób jak chcesz, ale uważaj. Ja nie słucham nikogo. Stąd do ziemi był kawałek. Ale okno to była moja jedyna droga. Mniej więcej metr od niego była pierwsza gałąź drzewa. Otworzyłam okno i stanęłam na parapecie. Wzięłam głęboki oddech.Przykucnęłam i... Skoczyłam. Moja ręka owinęła się na gałęzi. Udało się. Powoli, najciszej jak umiałam z głośno bijącym sercem zeszłam z rośliny. Złapałam mój motor i odeszłam kawałek wiedząc że charkot silnika obudzi moją opiekunkę. Zapaliłam go dopiero na asfaltowej drodze. Dojechałam do lasu. Nas rzeką. Miałam nadzieje, że nikt mi nie ukradnie mojego motorka. Postawiłam go w krzakach. Sama schowałam kluczyk do kieszeni i wdrapałam się na drzewo obok. Oparłam się o konar. Ciężko było zasnąć mi w nowym miejscu. W Warszawie czasem też tak uciekałam. Kilka razy zdarzyło mi się już spać na drzewie. No cóż. Bywa. Nawet nie wiem kiedy moje powieki zamknęły się, a ja straciłam świadomość...
Obudziło mnie słońce przedzierające się przez zielone liście. Leniwie otworzyłam oczy. Mój motor stał tam gdzie wczoraj. Świetnie.
- Amelia! - usłyszałam głośne wołanie dochodzące z niedaleka.
Był to męski głos. Chyba... tak to był Kamil. Tylko skąd znał moje imię? Natychmiast zeskoczyłam z drzewa prawie na niego wpadając.
- Co u ciebie Danusiu? - wkurzył się nieco.
Nie odpowiedziałam. Chciałam być sama. Jak ciocia mnie znajdzie będę uziemiona, a wiem, że to ona poprosiła go o pomoc. Gdy podeszłam do mojej maszyny chłopak złapał mnie za rękę. Powaliłam go na ziemie.
- Trzymaj się ode mnie z daleka. Nie lubię intruzów. - powiedziałam szorstko i wsiadłam na motor.
- To ty jesteś na moim terenie. - odparł ostro stojąc już na dwóch nogach.
- Słuchaj, bo widzę że nie czaisz; Nie zadaję się z nikim. Widać, że nic nie wiesz o takich jak ja. Lepiej dla ciebie. Dla mnie z resztą też. - odpaliłam pojazd.
Tylnym kołem zakręciłam w miejscu osypując Kamila ziemią i odjechałam. Wścibski, głupi chłopak! Co on sobie myślał? Skończ Amelia. Uspokój się. Licznik pokazywał rezerwę. Musiałam zatankować. Pojechałam na stację. Nalałam pełen bak. Kosztowało mnie to 200 złoty, ale rodzice zaopatrzyli mnie w pieniądze na paliwo. Podszedł do mnie jakiś gość. Był trochę starszy ode mnie. Zdecydowanie. Tak gdzieś pięć lat? Mniej więcej.
- Fajny motor. - powiedział z lekkim uśmiechem.
Zmierzyłam go wzrokiem. Nie znałam go. Nie chciałam z nim rozmawiać.
- Nie boisz się sama jeździć? - no dobra.
Pogadam z nim. Wydaje się fajny. Ale znając moje szczęście... Nie dokończę.
- A co mi się stanie? - odparłam opierając się o moją maszynę.
Uśmiechnął się, a jego oczach dostrzegłam błysk. Byłam czujna.
- Ktoś może cię okraść. To drogie motory. Siedemnastolatkę raczej na nie nie stać.
Skąd wiedział ile mam lat? I co? Straszył mnie? Jakoś się nie przejęłam... Jednak czułam, że mogę mu zaufać.
- Dostałam.
- Od?
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. - zaśmiał się.
Jego głos brzmiał znajomo, ale nie znałam go.
- Już tam jestem.
- Witaj w klubie.
- Diablo.
- Amelia.
Na dźwięk mojego imienia uśmiech zniknął z jego twarzy, lecz po chwili znów się pojawił. W moim brzuchu zaburczało. No tak. Nic nie jadłam oprócz wczorajszego obiadu.
- Mogę zaprosić cię na coś dobrego? - spytał i przyjaźnie wyciągnął rękę.
- Ostatecznie... - roześmiał się.
Poszliśmy do baru. Chłopak zamówił dwie kawy i dwa hamburgery. Usiedliśmy przy oknie. Sprawdziłam telefon. 24 nieodebrane połączenia od cioci. Ha... Zabawne.
- Co robisz sama na stacji benzynowej? - spojrzał mi w oczy.
- Przyjechałam poznać św. Mikołaja. - odparłam zirytowana - Po to po co przyjeżdża się na stacje.
Zaśmiał się. Po chwili ktoś przyniósł nam nasze zmówienie. Upiłam łyk kawy i ugryzłam pierwszy kęs hamburgera. Był wyjątkowo dobry, lub byłam wyjątkowo głodna.
- A serio? - oparł się o czerwone siedzenie.
- Nie ufam komuś kogo nie znam. - podniósł brew.
- Daj spokój. Jestem po twojej stronie. Zakład, że zwiałaś z domu.
- Wygrałeś. - wzięłam kolejny kęs fast food'a.
Uśmiechnął się ciepło. Nie wiedziałam o co mu chodziło. Gadaliśmy lecz nie opowiadałam mu za dużo o sobie. On zresztą też nie mówił nic o nim. Wyszliśmy przed budynek.
- Uważaj! - krzyknął Diablo.
Jego ręce owinęły się wokół mojej tali i przyciągnęły do siebie. Gdyby tego nie zrobił potrącił by mnie motor. Widziałam wściekłość na jego twarzy.
- Kamil przegina. - warknął - Trzymaj się od niego z daleka. Jest przywódcą tutejszej "grupy motocyklistów".
- Jeśli myślę o tym samym Kamilu co ty to on mi nic nie zrobi.
- Mimo wszystko uważaj. Nie ufaj mu. Pojedziesz do mnie? Nie chcę żeby coś ci się stało.
Tak, czy nie? Cholera. Ufałam mu.
- Ok.
Podeszliśmy do motorów. Ktoś podszedł do mnie.
- Wiesz jak ciotka się o ciebie martwi? - powiedział Kamil.
- Wiesz jak nie lubię kłamców? - odparłam patrząc mu w oczy.
- Nie okłamałem cię. Za to ty...
- Za to ja nie powiedziałam ci swojego imienia. Nie zadaję się z takimi jak ty. Odpuść sobie. - wkurzył mnie.
Jeździł za mną bo ciotka go prosiła? Jego dłoń złapała mój nadgarstek. Zabolało. Kopnęłam go w klatkę piersiową. Upadł.
- Nie dotykaj mnie. Starszy nie znaczy mądrzejszy.
Podszedł do nas Dominik i pomógł się podnieść bratu.
- Jedziesz z nami czy tego chcesz czy nie. - powiedział wściekły.
- Zostaw ją Kamil. - wtrącił się mój towarzysz.
Stanął koło mnie.
- Diablo. Jak miło cię widzieć. - odparł Kamil - Ty jeszcze nie w piekle. Myślałem, że jak ostatnio dostałeś nauczkę to się tu więcej nie pokażesz.
- Jak widać za słabo dałeś sobie radę. Zostaw Amelie. Jedzie ze mną.
- Żebyś mógł jej coś zrobić? Na pewno nie.
Zaczęli się kłócić. Cholera! Tu chodzi o mnie a oni targują się jakby chcieli kupić jakiś najlepszy motor. Nie jestem rzeczą, a w tym momencie tak się czułam.
- Cisza! - warknęłam i stanęłam między nimi - Nie jestem waszą własnością! Robię to co chcę. Was to nie powinno obchodzić.
Wsiadłam na mój motor i założyłam kask.
- Amelia poczekaj. - odezwał się Diablo. Westchnęłam. Podszedł do mnie - Uważaj na siebie.
- Jak zawsze. - odparłam i uśmiechnęłam się lekko.
Kiedy ruszyłam, ruszył za mną też Kamil, Dominik i ich trzech kolegów. Zaczynałam mieć go dość. Przyśpieszyłam. Jechałam ponad 200km/h. W końcu dojechałam tam gdzie zawsze zostawiając mój ogon w tyle. Schowałam motor w krzakach. Usiadłam na brzegiem i spojrzałam w wodę. W odbiciu widziałam pewną siebie dziewczynę, która niczego się nie boi.
- Wcale taka nie jesteś Amelio. - mruknęłam do siebie.
Zaczęłam śpiewać. Tak sama dla siebie:
Obudziłam się
Obudziłam się
Obudziłam się
Błądziłam po omacku
Tak nisko się stoczyłam z sercem na dłoni
Obudziłam się
Jak mogłam tak źle odczytać gwiazdy?
Obudziłam się
I teraz stało się dla mnie jasne
Że wszystko to, co widzisz
Nie zawsze jest tym czym się wydaje
Obudziłam się
Przez ten cały czas tylko śniłam...
Westchnęłam. Czemu tak bardzo wydawało mi się, że ta piosenka jest o mnie. Ręką zburzyłam taflę wody. Po chwili gdy się uspokoiła zobaczyłam za mną Kamila. Gwałtownie obróciłam się i gdyby nie jego ramiona wylądowałabym w wodzie. Jednak natychmiast odsunęłam się od niego. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego.
- Ładnie śpiewasz. - uśmiechnął się przyjaźnie.
- To tylko pozór. Pewnie nie wiesz o czym.
- Zaskoczę cię. Znam angielski i wiem.
- To fajnie. A teraz odczep się ode mnie.
Chciałam odejść. Byłam po prostu na niego zła. Tak po prostu. Złapał mnie za rękę. Na jego twarzy malowało się zmartwienie.
- Zamierzasz nie wrócić do domu?
- Może wieczorem. A może znowu będę spała w lesie. Nie wiem. - nie patrzyłam na niego.
- Dziewczyno, bądź poważna. Ciotka się o ciebie martwi.
Zaśmiałam się gorzko.
- Nie powinna. To przez nią. - chłopak zmarszczył czoło - Powiedziałam jej, że ucieknę jak zabierze mi motor. Nie uwierzyła. Jeśli byłabym zmuszona skoczyłabym z pierwszego piętra.
- Wiesz, że jak źle upadniesz to grozi ci kalectwo, albo śmierć.
- Co z tego? Moje życie nie jest dla mnie ważne.
Zdziwiłam go. A nie. Jednak go wkurzyłam.
- Jak możesz tak mówić? Masz całe życie przed sobą. Naprawdę ci nie zależy?
- Nie. Jak mam być szczera to dano przestało mi zależeć. Lepiej mnie zostaw. Ludzi, którzy się koło mnie kręcą zazwyczaj nie spotyka nic dobrego.
- Na przykład? - nie wierzył.
Dlaczego oni wszyscy są tacy... nieufni? Wiele przeżyłam w moim krótkim na pozór życiu. Jeździć motorem zaczęłam po śmierci mojego brata czyli 4 lata temu. Miałam 13 lat. Wiele razy wracałam do domu pobita. Nie ruszało mnie to. Rodzice kilka razy byli ze mną na pogotowiu bo miałam skręconą rękę lub nogę, ale ja nadal jeździłam. To mi pomagało. W końcu nauczyłam się walczyć i "gangi" przestały się mnie czepiać. Byłam teraz wolna. Zabawne.
- Żywy przykład... - zastanowiłam się - Kolega z klasy; Imię: Kris, Wiek: 15 lat, nie lubiany. Poszedł kiedyś za mną. Były czasy kiedy zadawałam się z różnymi ludźmi. Po tym spotkaniu wylądował w szpitalu na kilka tygodni. Musiał mieć operację. Nie oszczędzili go.
- Nie wierzę, że go nie uratowałaś.
Znów gorzko zaśmiałam się i spojrzałam w jego oczy.
- Chciałam. Nie pozwolili mi. Złapało mnie dwóch takich dwa razy większych od ciebie. Po tym spotkaniu ja też wylądowałam w szpitalu. Miałam skręcone obie ręce.
- Nie wyglądasz na taką.
- Ludzie się zmieniają. Ludzie potrafią też dobrze udawać. Na przykład ja.
- Nie wierzę.
- To uwierz. Rodzice mnie tu przysłali, bo nie dają sobie ze mną rady. Ciotka też sobie nie da. Wystarczyłoby, że zainteresowali by się mną. Byłoby inaczej.
Nic więcej mu nie powiem. Amelia się otworzyła. Coś nowego.
- A czemu taka jesteś? - chciał wiedzieć za dużo.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. A raczej nie chcesz się tam znaleźć. Chociażby dlatego że jest tam Diablo.
- Co on ci powiedział?
- To samo co ty powiedziałbyś mi o nim.
- Co zamierzasz?
- Ciekawość. - przypomniałam i uśmiechnęłam się.
Odwróciłam się. Przede mną stała Ewelina. Dopiero przyszła. Widać było. Jej blond włosy wyglądały jak siano mimo, że spięła je w koka. Rzęsy mocno pociągnęła tuszem i zrobiła szeroką kreskę eyeliner'em.
- Kamil, cholera szukam cię od rana. - powiedziała "wściekłym" głosem i podeszła do chłopaka.
- Miałem coś do załatwienia. - odparł poważnie dając jej do zrozumienia, że jest zajęty.
Blondynka objęła jego szyję i chciała go pocałować lecz chłopak ją odepchnął. Udając, że kaszlę zaśmiałam się. Ewelina chciała wyglądać jak dziewczyna z miasta. Szczerze? Porażka. Założyła koturny do lasu. Do tego top bez ramiączek i spodenki tak krótkie, że widziałem jej majtki. Wyglądała źle.
- Amelia? Wracasz? - spytał chłopak.
- Może.
- A konkretnie?
Jego ton nie znosił sprzeciwu i po części ja nie umiałam mu się sprzeciwić. Wkurzyło mnie to. Czemu? Co robisz Amelio? Przecież... potrzebujesz Eryka. Ale musisz sobie poradzić bez niego.
- Konkretnie... - chciałam powiedzieć nie wiem, ale chłód w jego oczach wymusił na mnie odpowiedź - Tak.
Wściekła wsiadłam na motor i pojechałam do "domu". Wiedziałam, że ciotka będzie chciała mnie zamknąć. Nie dam się. Nie teraz...
____________________________________
Co myślicie o naszej mrocznej bohaterce? ;) Mi się nawet podoba ;)