piątek, 24 października 2014

Prolog

Moje serce coraz mocniej biło w piersi. Stawałam się coraz bardziej wściekła. Dlaczego? Moim rodzicom zamarzyło się, żebym pojechała do cioci Basi (siostry mamy) na wakacje. Tak naprawdę nie dawali sobie ze mną rady. Nie wiedzieli co robię. Nie. Wiedzieli PO CZĘŚCI i nie podobało im się to.
Ciocia była terapeutką. Pracowała z trudną młodzieżą. Nie przejęłam się tym chodź to dlatego rodzice mnie tam wysyłają. Jestem zła, bo muszę jechać akurat TAM. Czemu?
TAM to jakaś mała wioska. Ciocia ma kilka koni. Mini-gospodarstwo. Jest to w sumie małe miasteczko. Basia mieszka na uboczu.
Oczywiście rodzice chcieli pozbawić mnie mojego sprzętu, ale powiedziałam, że ucieknę więc poszliśmy na kompromis; oni mnie odwożą, i mogę zabrać mój motor.
Jaka jestem naprawdę i dlaczego stałam się buntowniczką w oczach moich rodziców? Muszę trochę cofnąć czas żeby wszystko napisać. Otóż:
Od małego kochałam motory. Uwielbiałam je. Zaraził mnie nimi mój starszy brat - Eryk. Pomagałam mu często w garażu. Uczył mnie jeździć. Pewnego dnia przyjechała policja. Powiedzieli, że Eryk miał wypadek. Kierowca tira zasnął za kierownicą. Zmiażdżył mojego brata. Tak cholernie go kochałam. Zabrano mi go. Nie umiałam się z tym pogodzić. Dlatego zrobiłam się taka. Nie mam znajomych, przyjaciół, kolegów i koleżanek. Jestem sama w moim świecie. Jestem marzycielką. Chodzę własnymi drogami. Nikogo nie kopiuję. Źródłem mojego zachowania jest pustka i niezrozumienie. Straciłam bliską mi osobę... Rodzice w ogóle nie zajmowali się mną w tamtym czasie. Byłam sama. Nikt nie rozumiał tego przez co przechodziłam. Ciągle kłóciłam się z moimi opiekunami. Uciekałam pojeździć. Najczęściej do domu przyprowadzała mnie policja...
Teraz zmieniłam się. Poradziłam sobie ze śmiercią Eryka. Lecz nie potrafię zrezygnować z mojej życiowej pasji. Zostało we mnie coś ze starej Amelii. Byłam oschła dla innych. Bałam się jednego uczucia - miłości. Nigdy się nie zakocham, bo wiem jak bardzo boli stracenie kogoś na zawsze. Kolejny raz raczej tego nie przetrwam. Kolejny raz byłabym bez oparcia, byłabym bezsilna...
Lecz obiecałam sobie, że przetrwam te dwa miesiące, bo jestem silna i dam radę. Będę mogła robić to co kocham - jeździć motorami, konno. W końcu będę mogła być sama. Sama po to, żeby marzyć. Sama z końmi, motorem i muzyką. To ona pomagała mi w ciężkich chwilach. Dasz radę Am. Przecież to nie pierwszy raz...
____________________________________

Siedziałam na tylnym nie wygodnym siedzeniu naszego czarnego opla. Wpatrywałam się w to co było za oknem. Było tu dużo bardziej zielono niż w Warszawie. Uwielbiałam lasy chodź tak rzadko mogłam w nich bywać. Została nam jeszcze godzina drogi. W "pomieszczeniu" na kółkach panowała totalna cisza. Tata co jakiś czas nerwowo spoglądał w lusterko przyglądając mi się uważnie. Wahał się. Byłam córeczką tatusia. On zawsze zastanawiał się czy robi dobrze. Tak jak w tym przypadku. Nie wiedział czy nie lepiej byłoby żebym została w domu. W końcu miałam być 4 godziny drogi od nich. Wzięłam mp4 i włożyłam słuchawki do uszu. Kojąco podziałały na mnie dźwięki płynące z małego urządzenia. W końcu dotarliśmy na miejsce. Ciocia mieszkała w małym domku. Ale był uroczy. Po przywitaniu się zostawili mnie samą w moim pokoju. Był nieduży. Ściany były koloru błękitnego. Na środku najdłuższej ściany stało łóżko z fioletową pościelą. W pomieszczeniu było dużo światła poprzez duże okno. Natychmiast otworzyłam je na oścież. Zaciągnęłam się czystym powietrzem. To zdecydowanie coś innego niż Warszawa. Zbiegłam na dół. Rodzice chcieli już jechać. Pożegnałam się z nimi. Nie lubiłam pożegnań. Gdy tylko odjechali ciocia zaczęła:
- Co lubisz robić Amelio? Dawno się nie widziałyśmy. - uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Wiele rzeczy. Chciałabym iść na spacer mogę? - spytałam niepewnie.
Nie wiedziałam czy mi pozwoli.
- Jasne tylko wróć o 20 na kolację.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę lasu.
Kawałek biegłam aż dotarłam do wspaniałego miejsca. Usiadłam w cieniu drzew i przyglądałam się wolno płynącej wodzie. Słońce odbijało się od powierzchni oślepiającym światłem. Było tu cudownie. Pachniało kwiatami. Oparłam się o pień drzewa i słuchałam ich szumu i śpiewu ptaków. Po chwili (jak zawsze) spokój ktoś mi zakłócił. A raczej dwa ktosie. Byli to mężczyźni.
- Zgłupiałeś? - spytał jeden ze śmiechem.
- A ty? - drugi lekko popchnął pierwszego.
Nie zauważyli mnie mimo, że nie byłam daleko. Ten pierwszy miał tatuaż na ramieniu. Wdać była spod rękawa jego białej koszulki. Wstałam powoli. Chciałam się niewidocznie usunąć.
- Ej, kto to? - spytał ten drugi.
- Ktoś ty? - pytanie zadał ten w białej koszulce.
Cholera! Aż tak rzuca się w oczy to, że w lato lubię chodzić w trampkach i dżinsach? Koszulkę miałam na ramiączkach, ale mniejsza o to.
- A ty? - odparłam i spojrzałam w ich stronę.
- Spytałem pierwszy. - odparł podchodząc z tym drugim.
Byli podobni. Mogli być braćmi. A raczej byli.
- To dziecinne. - moje ręce oparły się na biodrach.
Zaśmiali się. Aż taka śmieszna jestem? No to patrz...
- Miło było, ale nie zadaję się ze świrusami więc cześć. - byli zaskoczeni moją wypowiedź.
Ruszyłam w stronę domu. Usłyszałam szelest za mną. Ktoś złapał moją rękę. Odruchowo powaliłam go. Musiałam nauczyć się walczyć, bo z różnymi ludźmi miałam do czynienia. Na ściółce leśnej leżał chłopak z tatuażem. A gdzie ten drugi? Wyszedł i stanął na przeciwko.
- Możesz czuć się usatysfakcjonowany - zwróciłam się do tego z białą koszulką - pokonała cię dziewczyna.
Ten w siwym podkoszulku zaśmiał się.
- Zabawna jesteś. - odparł i podniósł się. Energicznymi ruchami strzepywał gałązki i ziemię - Więc jak masz na imię?
- Danuta. - nawet nie zastanowiłam się.
- Ładnie. - śmiejąc się wykrztusił to ten bez tatuażu.
- A wy ktosie? - oparłam się o drzewo.
Ten w białej koszulce powiedział:
- Ja Kamil, on Dominik.
 Miło. Będę wiedzieć. Zadzwonił mój telefon. Ciocia. Przecież jeszcze nie ma 20.
- Tak? - odebrałam.
- Amelia wracaj. Chcę żebyś kogoś poznała.
- Ok. Z chwilę będę jestem niedaleko domu.
Rozłączyłam się. Schowałam telefon do przedniej kieszeni spodni.
- Zmywam się. Na razie. - pożegnałam się i nie czekając na odpowiedź poszłam do domu.
Przed budynkiem czekała ciocia i jakaś dziewczyna.
- Amelio to Ewelina. Ewelino, to Amelia. - powiedziała Basia.
- Cześć. - blondynka sztucznie uśmiechnęła się.
- Siema. - odparłam.
- Pogadajcie sobie. - moja opiekunka chciała odejść.
- Nie mogę. - odparłam szybko.
- Czemu? - zdziwiłam ciocię.
- Jestem zajęta. - podbiegłam do motoru założyłam kask i mimo protestów ciotki odjechałam.
Nie będę kolegować się z nikim na siłę. Jeśli Barbara tak chciała się mną zająć to się nie dogadamy. Jechałam ponad 100km/h, szosą dość wyboistą więc co jakiś czas moja maszyna leciała nad dziurami. W końcu zaparkowałam w tym miejscu co wcześniej. Pierwszy dzień mam już skopany. Świetnie. Usiadłam koło mojego czarnego motoru. Był ulubionym Eryka.

Stał się moim ulubionym. Nie wiedziałam skąd miał na niego pieniądze. Nie zastanawiałam się nad tym. Teraz mi go brakowało. Skuliłam się, a po mojej twarzy mimo mojej woli spłynęło kilka łez. Nie chciałam płakać. Miałam być silna.
- Daj spokój Amelia on by tego nie chciał! - skarciłam się cicho.
Szybko wytarłam poliki. Z wody wyszedł Kamil. Jego mokra koszulka przylegała idealnie do ciała dzięki czemu widziałam jego mięśnie, ale przebijały też tatuaże. Ludzie musieli tu na niego dziwnie patrzeć. Wytatuowany facet w tak małej miejscowości musi robić sensację. Miałam nadzieje, że mnie nie zauważy. Ale znając moje szczęście.
- Cześć Danusiu. - z ogromnym uśmiechem szedł w moją stronę.
- Nie mam ochoty na rozmowę. - odpowiedziałam oschle.
To była prawda. Zawsze kiedy myślałam o czymś przykrym zamykałam się na wszystkich.
- Nic nie mówię. - odparł i usiadł obok.
Nie uśmiechał się. Uważnie mi się przyglądał. Mój wzrok spoczął na sarnie. Podeszła strasznie blisko. Była na drugim brzegu i przyglądała nam się. Po chwili nastawiła uczy i uciekła w zieloną gęstwinę. Ja zrobiłam to samo. Taktyczny odwrót w las. Jak dojechałam w to miejsce? Nie miałam pojęcia. Cholera! Dlaczego nie mam Eryka. Nie uciekałabym. Byłabym taka jak kiedyś - uśmiechniętą optymistką. Teraz jestem swoim przeciwieństwem. W moich oczach znów zebrały się łzy. Szybko zamrugałam. Wstałam. Chłopak zrobił to samo.
- Ktoś cię skrzywdził? - spytał.
Spojrzałam na niego. Uśmiechnęłam się.
- Nie. Nikt nie jest w stanie mnie skrzywdzić. - powiedziałam cicho i odjechałam.
Nie wróciłam do domu. Jeździłam, póki do końca się nie uspokoiłam. To co mu powiedziałam było prawdą. Nikt mnie nie skrzywdzi, bo nikogo nigdy nie pokocham....










_________________________________________
Wiem, że krótki wybaczcie, ale musiałam dodać ;)
Miłego czytania
                                     Nina :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz